News
Wyprawy
Plany
Różne zdjęcia
Linki
Kontakt
Moja Jawa TS350
Usprawnienia
Remont Jawy (fotki)
CZ 350 Oli
Remont CZ (fotki)
Rower
Przyczepka rowerowa

e-mail

Dzień 22 - 29

Dzień 22
05.08.07 Niedziela
239 km
Kilometrów od domu: 5842

Dziś chcemy zrobić sporo km. Przegląd Jawy. Odkręciła się śruba trzymająca tłumik i poluzowała się świeca. Można było nią poruszać na boki palcami. Tankujemy na jakieś stacji przed granicą Chorwacką. Syn właściciela (prawdopodobnie) coś mi tam gestykuluje, że pokaże mi swój motocykl. Zważywszy na obskurność stacji ciekawy jestem cóż to będzie za pojazd. Garaż się otwiera i totalny szok. Nowiutki, ociekający chromem Goldwing. Nic mnie już w Albanii nie zdziwi. Wjeżdżając do Chorwacji celniczka informuje nas, że jest pożar i za kilka kilometrów droga jest już zamknięta i sugeruje szukać sobie noclegu. Przejeżdżamy kilkanaście km i rzeczywiście. Blokada policyjna. Z daleka widać ogromne chmury dymu. Samochody zawracają. My się tak łatwo nie poddajemy :P. Akurat dla tego odcinka mam bardzo dokładną mapę. Może się uda chociaż zrobić parę fotek. Zjeżdżamy na drogę gruntową i omijamy blokadę policji tocząc się po kamieniach wzdłuż lotniska. Następna blokada. Tym razem puszczają po kilka samochodów co jakiś czas. Ją również omijamy bocznymi uliczkami. Widać szalejący ogień. Wszędzie w około zgliszcza. Na ominięcie pożaru zeszło nam sporo czasu. Zaczyna robić się ciemno. Swoją drogą widok na Dubrownik spowity dymem, przy zachodzącym słońcu jest niesamowity. Niczym wjazd do piekła. W około dopalają się drzewce. Trzeba uważać na hydranty "wkręcone w wykute w asfalcie dziury". Mijamy się ze strażakami i ludźmi ratującymi swoje domostwa. Żaden samochód tędy nie przejedzie. Zresztą nawet nie wyjedzie z wielokilometrowych korków które utworzyły się po obu stronach Dubrovnika. Kiedy niebo przestaje być przesłonięte dymem znajdujemy camping za 15 euro. Wszędzie w około Polacy. Przynajmniej jest z kim pogadać. Jest też grupa Francuzów którzy przyjechali na motocyklach z wózkami (jeśli można je tak nazwać, bo wszystkie trzy koła są samochodowe).

Dzień 23
06.08.07 Poniedziałek
464 km
Kilometrów od domu: 6306

Dziś chyba ostatni raz zobaczymy morze Adriatyckie. Jemy obiad w jakimś barze za 16 euro. Ceny zwalają z nóg. Spotyka nas Polak z Poznania. Nieźle się zdziwił jak zobaczył Jawę na Polskich blachach. Wieczorem wjeżdżamy na płatną autostradę. 27°C. Pięć i pół kilometrowy tunel. Wyjeżdżamy z drugiej strony góry i nagle... 18°C. Jak byśmy wjechali do lodówki. Szukamy pierwszego lepszego zjazdu, żeby ubrać się cieplej. Bocznymi drogami kierujemy się na jeziora Plitwickie. Mijamy znak "uwaga niedźwiedzie" i Ola traci ochotę na nocowanie na dziko. Pierwszy camping... 23 euro za noc. Drogo. Camping raczej dla domków na kółkach. Może znajdziemy jakiś pokoik w wioskach. Niestety jest już tak późno, że we wszystkich domkach ciemno. W jednym z domków jest włączone światło. Wszystko pootwierane, a w środku śpi jakiś dziad w samych gaciach. Lepiej go nie budzić. Następny camping - 18 euro. Jest pierwsza w nocy. Zostajemy.

Dzień 24
07.08.07 Wtorek
238 km
Kilometrów od domu: 6544

Z samego rana (czyli około południa ;P ) ruszamy zwiedzać jeziora. Wstęp 110 kuna od osoby. Jest tu tak pięknie i ciekawie, że spędzamy tu czas do 18.00. Chyba najpiękniejsze miejsce w Chorwacji. Całość psują tylko tłumy turystów. Dosłownie jeden na drugim. Przez to czar tego miejsca pryska. Za dnia jedziemy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów górskimi drogami do autostrady i kierujemy się na Słowenię. Tunel za tunelem. Olę bardzo bolą kolana. Dostały na górskich drogach gdzie często hamowałem. Śpimy w przydrożnym motelu.

Dzień 25
08.08.07 Środa
347 km
Kilometrów od domu: 6891

Dojeżdżamy do Wenecji. Na parkingu podchodzi do nas para Niemców. Przyjechali tu rano na BMW. Za 10 euro sprzedali nam dwa dwunastogodzinne bilety na Wenecką komunikacje pływającą. Ważne są do 23, a normalnie kosztują 13 euro za sztukę. Płyniemy po Wenecji. Ola jest zachwycona. Przed wejściem na pokład spojrzałem na mapkę na przystanku i wybrałem najdłuższa możliwą trasę. Taką "dookoła". "Może się później jeszcze przesiądziemy i popływamy dalej" - mówi Ola. Mija 15 minut. Już fotek napstrykałem. Mija godzina... płyniemy... dwie godziny... dalej płyniemy. Pożyczam mapę... dopiero połowa trasy. Ile można płynąć ;P. Wysiadamy i dalej zwiedzamy sobie piechotą. Ta komunikacja to coś jak Paryskie metro, tyle, że na wodzie. Zrobiło się ciemno. Tyle tu wspaniałych restauracji, barów, kamieniczki, po prostu pięknie. Tyle tylko, że 0,5 litra wody kosztuje 2 euro! Na uboczu jemy pyszną włoską pizzę. Pyszności. Wracamy do motocykla pozostawionego na parkingu i jedziemy nad jezioro Garda szukać noclegu. Jest po północy. Campingi albo zamknięte, albo nie ma miejsc, albo... odstrasza nas zakaz wjazdu dla motocykli. W końcu po pierwszej w nocy udaje nam się znaleźć nocleg. Na campingu wypatrzyła nas para Polaków na Kawasaki Vulcan, jadąca do Cannes. Pomagają nam się rozbić. Ale wyborne miejscowe wino pomaga im również powyginać mi śledzie ;P.

Dzień 26
09.08.07 Czwartek
430 km
Kilometrów od domu: 7321

Rano leje deszcz. Wymieniamy się kontaktami, i postanawiamy się spotkać gdzieś po drodze do Cannes. Oni wyjeżdżają trzy i pół godziny przed nami. Niestety zasiedzieli się w La Spezia i nagle okazuje się, że jesteśmy 70 kilometrów przed nimi, kiedy Oni znaleźli camping. Dziś jechaliśmy pół na pół autostradami i lokalnymi drogami, wciąż mnóstwo tuneli. Nie możemy znaleźć campingu, do tego rozpętuje się burza, którą przeczekujemy na stacji benzynowej. Ubieramy stroje przeciwdeszczowe (a już myślałem, że się nie przydadzą) i jedziemy dalej. Deszcz ustaje i robi się tak gorąco, że dalej w kombinezonach nie da się wytrzymać. W końcu znajdujemy camping. Jak się później okaże najgorszy z możliwych.

Dzień 27
10.08.07 Piątek
225 km
Kilometrów od domu: 7546

Obiecałem Oli, że dziś poplażujemy. Wczoraj parkując w pośpiechu urwaliśmy wtyczkę zasilania do interkomu (wkręciła się w łańcuch). Za San Remo znajdujemy dziką plażę. Około kilometra za znakiem zakazu ruchu :P Stoi tu trochę samochodów. Ja wjeżdżam Jawą na samą plażę. Szczęście Oli nie trwa długo. Pływając w morzu nadeptuje na jeżowca. Około dziesięciu 2,5 centymetrowych kolców wbija się jej w stopę. Piętnaście minut wyciągania igłą, scyzorykiem i pincetą. Mimo wszystko Ola korzysta z uroków słońca i ...spala sobie kolana, które nie wysmarowała filtrem. Obolała, nie mogąca stanąć na lewą nogę narzeka aż do wieczora ;P Ja korzystając z większego nadmiaru wolnego czasu znajduje na plaży mocowanie ścienne przewodu z którego wymontowuje gwóźdź. Znajduje również puszkę po piwie. Za pomocą znalezionych fantów oraz scyzoryka, papieru ściernego, poxiliny i poxipolu wykonuję wtyczkę do interkomu która do dziś dzień spisuje się znakomicie. Para na Vulkanie ma do nas dołączyć, ale coś wolno jadą i w końcu ruszamy w dalszą drogę. Po drodze przejeżdżamy przez księstwo Monaco, Monte Carlo. Takiego przepychu jeszcze w życiu nie widziałem. Hammery na wielkich alusach, Maybachy, Ferrari itp. Kosmiczne drogie hotele i restauracje. Normalnie jak w filmach. I w tym wszystkim my... na Jawie ;P W Antibes przed Cannes szukamy campingu. Niestety znów na 5 campingów albo nie mają miejsc albo już zamknięte. ). Czekając na Kawasaki idę za potrzebą w krzaki i stwierdzam, że w zasadzie tu jest nawet niezłe miejsce na rozbicie namiotu i w tym samym momencie prawie potykam się o śpiącego na ziemi człowieka... no tak, miejscówka już zajęta :P Dalej czekamy na Vulkana. Niestety coś im się drogi pomyliły i dojechali do Cannes. Spotykamy się w Grasse na rondzie. Nigdzie nie ma campingów. Jedziemy główną drogą w góry, po czym skręcamy w jakąś boczną , która kieruje nas ku szczytowi. Na wysokości 825m jest zjazd do punktu czerpania wody (chyba). Jest tu mała polana na której rozbijamy namiot. Niesamowity widok na wybrzeże. (Oddalone o 40 km od miejsca w którym jesteśmy). Miejscówka super (nie licząc wszechobecnych mrówek i kamienistego podłoża).

Dzień 28
11.08.07 Sobota
415 km
Kilometrów od domu: 7961

Pożegnalne zdjęcie i ruszamy w dwóch różnych kierunkach. Trzy kilometry dalej na północ znajdujemy ogromny camping i później średnio co 5 kilometrów następne. Jest tutaj ogromny kompleks trialowo, crossowo, enduro. Mnóstwo tras o różnym stopniu trudności. W górskim miasteczku stajemy by kupić świeże bułeczki. Szukam nogą centralki, szukam.. co jest? Gdzie jest centralka? Gdzieś na zakręcie odłamał się spory kawałek jej lewego ramienia. Boczna jest zbyt słaba na tak obciążony motocykl. Pozostaje nam opierać motocykl o różne słupki, murki, krawężniki. To na razie największa awaria. Po ponad 100 km w górach wjeżdżamy na autostradę. Przelotowa według GPS'u około 95 km/h. Choć jak trzeba lecimy nawet 110 przy wyprzedzaniu :P. Za Lyon w środku nocy znajdujemy zamknięty camping. Podnosimy przeciągnięty przez wjazd drut kolczasty i wjeżdżamy. Warunki super. Trawka, miękka ziemia, ciepła woda.

Dzień 29
12.08.07 Niedziela
484 km
Kilometrów od domu: 8445

Spakowaliśmy się i chcemy zapłacić. Niestety w recepcji nikogo nie ma, wszystko pozamykane. Wisi jakaś kartka z nr telefonu, ale i tak się nie dogadamy po francusku. Rozglądamy się po okolicy, ale koniec końców jedziemy dalej. Na autostradzie zaczyna padać. Zjeżdżamy na stację. Rozpętuje się burza, do tego ubikacje nie działa z braku wody. Po ponad godzinie już tylko kropi. Ubieramy stroje przeciwdeszczowe i ruszamy. Standartowo jak tylko je założyliśmy wyszło słońce i zrobiło się gorąco... za gorąco. W Paryżu jesteśmy po 21.00. Rodzina Oli wynajmuje tu mieszkanie, Jawa nocuje pierwszy raz w garażu, w centrum Paryża.

Podsumowanie
Uczestnicy
Dzień 1 - 5
Dzień 6 - 9
Dzień 10 - 15
Dzień 16 - 21
Dzień 22 - 29
Dzień 30 - 38
Panoramy
Media
Mapa
Fotki z dnia:
1i3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17i18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29i30 31 33i34 36 37i38
Wyprawa 2003
Wyprawa 2002
trasa wyprawy
Szukamy sponsorów

2002-2006 © M4riush & gr4b4. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.