News
Wyprawy
Plany
Różne zdjęcia
Linki
Kontakt
Moja Jawa TS350
Usprawnienia
Remont Jawy (fotki)
CZ 350 Oli
Remont CZ (fotki)
Rower
Przyczepka rowerowa

e-mail

Dzień 10 - 15

Dzień 10
24.07.2007 Wtorek
238 km
Kilometrów od domu: 2954

Wjeżdżamy do Bułgarii. Czas przejścia granicy - 30 sekund. Szukamy najbliższej stacji z kompresorem by sprawdzić ciśnienie. Na stacje podjeżdża policjant na... MZ 250. Ola ma niezły ubaw, obserwując jak dokładnie odmierza olej. Musimy mieć z nim fotki. Spytałem się go czy trzeba mieć w Bułgarii winietki na motocykl. Nie wiedział. Musiał zadzwonić i się upewnić :P. Kierujemy się na jedne z najpiękniejszych miejsc w Bułgarii - Kaliakra. Wąski półwysep wysunięty daleko w morze, wraz z ruinami. Widoki niesamowite. Dalej na Balcik, wzdłuż wybrzeża po krętych drogach. Coś fantastycznego. Jadąc z Varny do Burgas przejeżdżamy przez pasmo górskie. Tutaj to są dopiero winkle. Idealna nawierzchnia. Zajeżdżamy do Nesebar - starożytnego miasta. Tylko oglądamy je z zewnątrz robiąc kilka fotek, bo nie mamy za bardzo możliwości wejścia do środka. Odbijamy na Aitos, a słońce już dawno zaszło. Szukamy campingu. Po drodze jeszcze wybrałem pieniądze z bankomatu. Niestety camping okazuje się być motelem. To znaczy można wynająć domki, ale niedaleko jest koncert i wszystko już zajęte. Jedziemy dalej. Ledwie patrzę na oczy, no nic. Rozbijemy się na dziko. Jest pierwsza w nocy. Pytam jeszcze o nocleg gościa na stacji, a ten kieruje nas na Tvardica'y. W mieście podjeżdżam do policji, pytając się o jakiś hotelik czy coś. Mówią, żebyśmy za nimi jechali i prowadzą nas pod sam hotel. Policjanci coś tam gadają, telefonują. Okazało się, że parking przy hotelu jest bez ochrony i załatwili możliwość zaparkowania na policyjnym naprzeciwko. Rezygnujemy jednak bo mamy ciężkie bagaże i przypinam Jawę do słupa. Hotel wygląda na ekskluzywny... 30 lat temu :P. Teraz stoi cały obdrapany. Jest pokój za 30 lew. i "apartament" za 50. Pokój wygląda tak, że wolałbym spać na dworze. Wytargowuje "aparament" za 42 lew. Drogo, ale jest druga w nocy. Ola ledwie żyje. W środku ogromne łóżko, łazienka, barek, sofa, fotele. Fajne? No dobra przejdźmy do rzeczywistości. Brak cieplej wody. Odkręcam kran... woda leje mi się po nogach (syfon nie jest w jednym kawałku). Okna popękane. Parapety obsrane przez ptaki na wysokość 5 cm. Wszędzie kurz, brud i widać, że przynajmniej od kilka lat nikt tu nie sprzątał, prócz łóżka, na którym jest w miarę świeża pościel.Tylko dlatego się zdecydowaliśmy.

Dzień 11
25.07.07 Środa
270 km
Kilometrów od domu: 3224

Dzisiaj szybki przelot - 50 kilometrów autostradą i w góry. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów robimy serpentynami, rewelacja. Nagle Ola poczuła ból w ręce. Zdejmuje rękawiczkę, a tam wielki owad przypominający szerszenia. Ręka robi się miejscowo czerwona i puchnie, ale ból jest do wytrzymania. Jedziemy dalej. Słońce zaczyna chować się za horyzontem. Mijamy malownicze górskie jezioro. Jako, że zauważyliśmy tu kilka namiotów, postanowiliśmy tu zostać na noc.

Dzień 12
26.07.2007 Czwartek
352km
Kilometrów od domu: 3576
Czas jazdy: 6:55

Rano okolica okazuje się jeszcze piękniejsza. Pstrykam trochę fotek, robię spagetti, kawy i sklejam poxiliną migacz który się "złamał". Kupiłem go 3 miesiące temu i przez ten czas guma tak sparciała, że migacz po prostu odpadł. To się nazywa jakość. Przejeżdżamy 100 km wijącymi się górskimi drogami. Jawa daje radę. Oli puchnie cała dłoń i pół ramienia. Opanowałem do perfekcji odpalanie jawy kickstarterem w czasie jazdy. Mamy ponad kilometr różnicy wysokości i zjeżdżamy z wyłączonym silnikiem, odpalając go tylko wtedy, gdy drogą zaczyna biec pod górkę. Widoki zapierały dech w piersiach, a zjeżdżając bez warkotu silnika miało się wrażenie, że leci się szybowcem między szczytami. (takie skojarzenie podsuneła Ola, która latała na szybowcach). Wczęśniej jednak zatrzymujemy się na obiad. Znowu nic nie rozumiem z menu, nie ma obrazków, ale tym razem obsługa mówi po angielsku. Udaje się zamówić przepyszny obiad z regionalną zupą, która jednak jakoś mi nie podchodzi. Przed granicą tankujemy (nie przyjmują kart chipowych bo coś się zepsuło i płacimy gotówką). Wjeżdżamy do Grecji i lądujemy na przelotówce do Aten. Mrożona kawa na stacji z gratisowym polaniem głowy z węża ogrodowego i możemy jechać dalej. Mamy mały problem z interkomem. Gdzieś kabelek się przerwał i rozłącza mi głośnik w jednym uchu. Nadal jednak się słyszymy, więc OK. Dojeżdżamy do Saloników i wjeżdżamy w samo centrum. Ogromne miasto, pełne wąskich uliczek. Wiem, że stare miasto i mury są gdzieś wysoko. Tak stromych podjazdów Jawa nie miała nawet w Bułgarskich górach. Wyciskam z niej ile mogę. Udaje się i trafiamy na "szczyt", punkt widokowy pod basztą. Miasto jak okiem sięgnął i morze. Silnik ma sporo powyżej 100?C. Polewam silnik wodą właściwie z czystej ciekawości ;P. Tak gwałtownego parowania jeszcze przy Jawie nie widziałem. Zmrok zapadł szybko. Zapalają się latarnie. No to mamy za jednym razem widok na Saloniki za dnia i w nocy. Jawa odpoczęła więc jedziemy dalej. Przeciskam się miedzy samochodami, manewruje jak tylko się da i według. GPS'u, po śladzie docieramy na obwodnice. Tankujemy i 40 kilometrów dalej, zjeżdżamy do nadmorskiego miasteczka, gdzie chcemy znaleźć camping. Jest 300 m od plaży... 19 euro. (na jeden dzień wychodzi najdrożej). Rozbijamy namiot. Opieram się o drzewo i jakoś tego nie zauważyłem, że przechodzi na mnie po ramieniu kilkaset mrówek. Dobrze, że równie łatwo można je było strzepnąć. Ola przepakowuje rzeczy do namiotu, a ja idę zrobić pierwsze wielkie pranie i wreszcie się umyć. Nawet tu nie ma ciepłej wody pod prysznicem. Za jednym zaworem mamy wodę zimną, a za drugim lodowatą. Na ulotkach, które zabraliśmy z recepcji camping wygląda na dość ekskluzywny. Zauważyłem, że w Grecji najlepiej idzie mi posługiwanie się językiem angielskim, większość napotkanych ludzi zna jego podstawy… a może mamy takie szczęście. Jutro planuje zrobić mały przegląd. Głównie chodzi o podokręcanie śrubek i rzucenie okiem na nowozainstalowany zapłon własnej konstrukcji na samochodowych czujnikach halla. Jak się okazało jest to ostatni raz kiedy do niego zaglądam stwierdzając, że wszystko ok, przez cały wyjazd. Koszt wykonania oscylował w granicach 400 zł, ale opłacało się. W rumunii panowały tak wysokie temperatury, że przy niedostatecznym chłodzeniu silnika wytopiło mi pod osłoną alternatora osłonki konektorów wykonane chyba z polietylenu. Wydaje mi się, że zapłon na transoptorach nie dał by rady.

Dzień 13
27.07.2007 Piątek
280 km
Kilometrów od domu: 3856

Jedziemy tranzytem w stronę Aten. Po drodze zjeżdżamy na Olimp. Prowadzi tam wąska droga z poziomu morza na 1200m. Dalej, na szczyt, można iść tylko pieszo. Widoki niesamowite. Góry wyrastają prosto z morza. To jest dopiero połączenie jakiego brakuje w Polsce. Jawa ledwie dyszy, powoli na jedynce posuwamy się w górę. Krajobrazy jak z filmów o Greckich bogach. W najwyższym punkcie drogi stajemy, kontrolnie polewam silnik wodą i długo czekam, aż przestanie się gotować. Zjeżdżamy nie włączając w ogóle silnika i na samym dole klamka hamulca znacznie mięknie. Tym razem woda odparowuje z sykiem z tarczy hamulcowej. Warto jednak było zjechać z głównej drogi dla tych zakrętów i widoków. Wjeżdżamy do Larissy na obiad i z zamiarem znalezienia lekarza, aby obejrzał rękę Oli. Po dłuższym krążeniu i pytaniu w aptekach, których tu mnóstwo, trafiamy na szpital. Ola wchodzi sama. Mi nie pozwalają wjechać Jawą na teren szpitala, a nie mamy jak jej zostawić. Po 15 minutach dzwoni Ola. Na wejście podłączyli ją pod dwugodzinną kroplówkę. Czekam. Dzwonimy do siebie co jakiś czas. Ola nie ma wody. Zagaduje portiera, żeby przez chwilę postał przy motocyklu i biegnę z butelką. Ola dostała jeszcze 2 zastrzyki. Po ponad dwóch godzinach czekania (sam już ledwie patrzę na oczy, od dawna jest już ciemno, jakieś kobiety przysiadły się na tą samą ławkę i od godziny plotkują nad uchem po grecku) wychodzi Ola z receptą, bardzo wyczerpana. Szukamy apteki, ale wszystkie są już zamknięte. Jedziemy dalej szukać miejsca do spania, jakiegoś campingu. Ola coś słabo się czuje po tych zastrzykach i kroplówce (bardzo sennie). Zjeżdżamy do jakiegoś miasteczka i nic... do drugiego i również żadnego miejsca do spania. Jeździmy od miasta do miasta, aż w końcu trafiamy na hotel. 50 euro za noc. Jedziemy dalej. Znajdujemy hotel za 40 euro, i jako, że Ola jest padnięta zostajemy na noc. Pokój z klimą, szkoda tylko, że właściciel wyłączył ją na noc!

Dzień 14
28.07.2007 Sobota
362km
Kilometrów od domu: 4218

Do Aten już nie daleko. Dojeżdżamy tam tuż po południu i od razu jedziemy do portu kupić bilety. Przy budce Anek Lines spotykamy Polaków. Mówią, że to podobno najtańsze linie. Oli trochę słabo z gorąca. Za mało piła i odwodniła się. Jedziemy w poszukiwaniu cienia i zimnej wody. Przy sklepie spędzamy 1,5 godziny. Oli już lepiej. Jedziemy zobaczyć Akropol. Ze względu na cenę, wszechobecne rusztowania i masę turystów czekających na otwarcie - nie wchodzimy tylko zjeżdżamy na prom. Kontrola biletów i obsługa kieruje nas na odpowiednie miejsce. Mocujemy motocykl liną do promu. Zostaję zapytany co przewozimy w karnistrach... woda... to ok.! Kierują nas na górny pokład. Prom nie wygląda ze ciekawie, ludzie, którzy nim płyną również. Odpływamy podziwiając widoki (jest już ciemno). Dopiero po 30 min. schodzimy pokład niżej, gdzie jak się okazuje wykończenie jest na wysokim poziomie. Jest nawet kafejka internetowa! Dobrze, że nie zostaliśmy na górze! Tutaj można było rozłożyć się na wygodnych kanapach, będąc "klientami" baru. Z tym, że teraz już wszystko zajęte… W kafejce internetowej 4 euro za 30 min. Ja wreszcie mam kontakt ze światem! W końcu wpasowujemy się w jedną z barowych sof i przysypiając przeczekujemy 9-godzinny rejs.

Dzień 15
29.07.2007 Niedziela
30km
Kilometrów od domu: 4248

Dzwonimy do Arka i Asi, którzy tu pracują przez wakacje i wynajmują domek 30 km od Heraklionu w Stalis. Dziś dzień odpoczynku, a wieczorem tzn. po drugiej w nocy, kiedy bary i restauracje są już zamknięte, imprezujemy przy tutejszym alkoholu - raki. Są tutaj również inni Polacy, w tym brat Arka. Wszyscy pracują w barach, restauracjach, hotelach.

Podsumowanie
Uczestnicy
Dzień 1 - 5
Dzień 6 - 9
Dzień 10 - 15
Dzień 16 - 21
Dzień 22 - 29
Dzień 30 - 38
Panoramy
Media
Mapa
Fotki z dnia:
1i3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17i18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29i30 31 33i34 36 37i38
Wyprawa 2003
Wyprawa 2002
trasa wyprawy
Szukamy sponsorów

2002-2006 © M4riush & gr4b4. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.