|
W wakacje 2002 zdecydowaliśmy się na wyjazd w okolice Kłodzka. Nie mieliśmy zamiaru prawie nic zwiedzać, a jedynie ostro pojeździć w górach. W Zielonej Górze udało nam się kupić jedynie połowę potrzebnych map. Planując wyjazd myślałem o bagażniku, sakwach itp. ale po przemyśleniu sprawy "Mamy zamiar tam jeździć w terenie a nie ciągnąć się ciągle asfaltem!" Zdecydowaliśmy, że wszystko musi zmieścić się w plecaku.
1 DZIEŃ
Środa rano. Początek trasy - miejsce zamieszkania; Zielona Góra. Pakujemy wcześniej przygotowane rzeczy. Namiot mocujemy do ramy, a śpiwory z trudem przyczepiamy do plecaków. Czegoś mi brakuje... Jedziemy po radio, które miało na celu podnieść nam morale.( bez radyjka ani rusz ;) ) Najpierw Tesco - nie kupiliśmy. Następnie "Oszolom"- nie było nic ciekawego więc wracamy do Tesco i dokonujemy zakupu. Pojechaliśmy jeszcze kupić linkę (zawsze może się przydać). Właściwie przydała się od razu, bo śpiwór się jakoś słabo trzymał. Gotowi do wyjazdu ruszyliśmy w stronę Wrocławia. Zanim wyjechaliśmy z Zielonej Góry rozpętała się burza. Schowani w kamienicy naiwnie czekaliśmy, że zaraz minie. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się jednak na jazdę w deszczu z optymistyczna myślą "Przecież oglądałem prognozę pogody - w całym kraju świeci słońce.;) na pewno pada tylko w centrum." Deszcz ciągnął się za nami przez następne 25 km , śliska droga, koleiny, poślizg przedniego koła i Graba przy 35 km/h szlifuje asfalt (auć ;) ). Całe szczęście, że za nami nic nie jechało bo byśmy się pożegnali z rowerem, nie mówiąc już o sobie. Nad tym miejscem spoczywała jakaś klątwa, gdyż jak tylko ściągnąłem rower z drogi na przeciwnym pasie samochód wskutek zbyt gwałtownego hamowania wpadł w poślizg i wjechał do rowu. (udało się go wypchnąć). Ranę przemyłem wodą z bidonu (a co będziemy pić?). Szybka dezynfekcja, bandażowanie. Graba chwilo myśli o powrocie i przełożeniu wyjazdu, ale jakoś się pozbierał i ruszyliśmy w dalszą drogę. Już nam nawet deszcze nie przeszkadzał istna cykloza). Do samego Wrocławia było już spokojnie. Dojechaliśmy w około 5 godzin+ kilka krótkich postojów na picie (zamiast bidonów miałem akumulator do halogenów). Na miejsce dojechaliśmy wieczorem gdyż wyjazd przesunął się na 14.00 . Podjeżdżałem pod dom mojej ciotki ale Graba jakoś nie zorientował się, że to już tu. "Jechałem za nim, a on wykonał szybkie hamowanie z 40 km/h do 0 i nie spodziewając się tego wyleciałem z roweru przez chwile jeszcze stojąc na przednim kole. W sumie to zdarzyło się jeszcze kilka razy w ciągu wyjazdu ;) ). Wreszcie poszliśmy spać (zaraz... nie tak szybko ;). Zjechała się rodzina i do północy oglądaliśmy jakiś film a'la telenowela. ). |